16 maj 2010 r. UROCZYSTOŚĆ WNIEBOWSTĄPIENIA PANA JEZUSA CHRYSTUSA

 

Jak Ja was umiłowałem!

 Moi Drodzy!

Koniec, który jest początkiem.
Takich rozstań i pożegnań nie zna świat. Dla nas każde odejście tych, których kochaliśmy, to strata i ból. Przy naszych pożegnaniach płyną łzy, i dobrze że płyną, bo odchodzący może je zapamięta i weźmie z sobą, jako ostatnią po nas pamiątkę. Po naszych rozstaniach zostaje pustka. Przestaje się dziać to, co się dotąd działo, bo i jakże ma się dziać dalej, skoro odszedł ten, który tego działania był inspiracją i motorem.
Zupełnie inaczej wygląda pożegnanie Jezusa z uczniami i uczniów z Jezusem w dniu wniebowstąpienia. W miejsce sentymentalnych gestów, ostatnie pouczenia, ostatnie wielkie obietnice. Zamiast smutku rozłąki, krzepiące słowa: zostanę z wami. Zamiast odejścia w gorzką bezczynność ludzi opuszczonych, mobilizujący do czynu rozkaz: idźcie na cały świat i głoście ewangelię wszystkim narodom.
Na zakończenie jeszcze ostatnie błogosławieństwo. „A kiedy ich pobłogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba”, zapisze Łukasz w swojej ewangelii, zapisze zwyczajnie i bez patosu, jakby chodziło o najzwyklejszą w świecie rzecz.
Równie charakterystyczna, jak zachowanie się Jezusa w dniu wniebowstąpienia, jest i postawa Apostołów. W relacji Łukasza nie ma ani słowa o smutku czy łzach. Wręcz przeciwnie. Zanotuje on, że po odejściu Pana uczniowie „z wielką radością wrócili do Jerozolimy… błogosławiąc Boga”. Czyżby nie kochali tego Odchodzącego? Czyżby odetchnęli z ulgą, że przestał im wreszcie ciążyć swoją wielkością, świętością, ogromem swoich wymagań? Czyżby zapachniał im spoczynek i emerytura? Nic z tych rzeczy. Jak chyba nigdy dotąd, tak w dniu wniebowstąpienia Apostołowie czują się związani ze swoim Mistrzem. Jak nigdy dotąd są Mu dziś wierni i zdecydowani pozostać wiernymi. Jak rzadko w życiu czują odwagę i gotowość podjęcia dla Jezusa wszystkich prac i trudów. Jeżeli się nie smucą, to tylko dlatego, ponieważ najgłębsze, wewnętrzne przekonanie mówi im, że rozstanie, które przeżywają, nie jest ani rozstaniem, ani końcem, ale raczej krokiem w nową, większą jeszcze bliskość i początkiem spraw większych i ważniejszych niż te, w których dotąd uczestniczyli. Zmieni się wprawdzie cała zewnętrzna sceneria. Wyłączone zostaną na zawsze zmysły: wzrok, słuch, dotyk. Rzeczywistość, w którą teraz poprowadzi ich wiara, pozostanie jednak ta sama. Ich Jezus i oni Jezusowi z tym, że ta dotychczasowa przyjaźń i oddanie, których historię, nie zawsze bez cieni, pisały ostatnie trzy lata spędzone wspólnie na ziemi, rozsadzi w dniu dzisiejszym ciasne ramy jednego miasta, kraju i narodu i rozrośnie się do wymiarów kosmosu, obejmie całą ziemię i całe niebo, dając początek nowym czasom, nowym ludziom i nowym, modelowanym Bożą ręką, tajemnicom.
W dniu wniebowstąpienia Jezus wraca do Ojca. Do Ojca, a więc nie gdzieś w nieznaną bliżej pustkę i dal, ale do siebie, do własnego domu, do rzeczywistości bytu Boga, która wprawdzie zawsze była Jego rzeczywistością, ale którą ukrył i przesłonił, przyjmując ludzkie ciało i pokorną gościnę wśród nas. Wraca, by według ulubionego zwrotu Biblii, zasiąść po prawicy Boga”, czyli by w swoim uwielbionym człowieczeństwie, w swoim, chwalebnie przez zmartwychwstanie przeobrażonym Ciele uczestniczyć w bycie Boga, Jego potędze i chwale.
Jest to powrót Zwycięzcy po wygraniu wielkiej bitwy. Ciężar tej bitwy poczuło szczególnie dotkliwie umęczone, przybite do krzyża i rzucone w grób ciało Syna człowieczego, ale dziś właśnie ono, to człowiecze ciało Słowa, wywyższone zostaje jak to pisze Paweł w Liście do Efezjan, ponad wszelkie zwierzchnictwo, ponad wszelką władzę, moc, panowanie, ponad wszelkie imię, które może być ‚wymówione, nie tylko w tym, ale i w przyszłym wieku. Wszystko poddane zostaje pod stopy uwielbionego Chrystusa.
Mocy i potęgi Wniebowstępującego nie musi się jednak człowiek bać. Przed tronem Ojca staje nie oskarżyciel, ale obrońca, który na zawsze wstawiał się tam będzie za nami. Któż może wydać na nas wyrok potępienia? – pyta autor Listu do Rzymian.  Czy Chrystus Jezus, który poniósł za nas śmierć, co więcej, dla nas zmartwychwstał i dla nas siedzi po prawicy Boga, przyczyniając się tam za nami?  Jan idzie jeszcze dalej, gdy twierdzi: „Jeśliby nawet kto zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca,  Jezusa Chrystusa sprawiedliwego. On bowiem jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, i nie tylko za nasze, lecz również za grzechy całego świata”.
Ten, przebaczający nam winy i zasłaniający nas sobą przed sprawiedliwością Boga, przyobiecał pozostawionym na ziemi uczniom inne jeszcze dary. W przeddzień odejścia na mękę, które jest jakby pierwszą fazą odejścia Jezusa z tego świata, zapowiada im On wysłuchanie wszystkich zanoszonych w Jego imię próśb, udział w pełnieniu takich samych dzieł, jakie On dokonywał na ziemi, a nawet i większych  przede wszystkim zaś zesłanie im od Ojca Ducha-Pocieszyciela, który doprowadzi uczniów do pełnej Prawdy, wszystkiego ich nauczy i wszystko im przypomni, cokolwiek z ust Jezusa usłyszeli.
Jakże bogacące nas rozstanie! Jak przybliżająca czas wewnętrznej dojrzałości rozłąka! Powiedział to zresztą sam Jezus w czasie ostatniej wieczerzy: „Pożyteczne jest dla was moje odejście”.
Ale ten krok w niebo, który robi On dziś, w dzień Wniebowstąpienia, ma dla nas dodatkową jeszcze wartość i wprowadza pozostających w specyficzny, uczuciowy klimat, a to dlatego, ponieważ jest on przygotowaniem powtórnego spotkania. „Niech się nie trwoży serce wasze, mówił Jezus do uczniów w czasie ostatniej wieczerzy … W domu Ojca mego jest mieszkań wiele … Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”. Nie chodzi oczywiście o jakieś czysto mechaniczne urządzenie pomieszczeń dla mających nadejść gości. W niebie nie ma pokoi. Jest za to „bliżej” lub „dalej”. Jest „więcej” lub „mniej” miłości i zjednoczenia. Wstępujący w niebo Jezus nie tyle przygotuje miejsce uczniom, ile uczniów przygotuje do zaplanowanego dla nich przez Boga miejsca, czyli do stanu ich własnej doskonałości i stopnia przyjaźni z Bogiem. Zrobi to przez włączenie każdego z nich w tajemnicę własnego życia i własnej, pełnionej na ziemi,  misji zbawiania świata. Wiemy, co to znaczy: zostawić swoje, także to najdroższe, podjąć trud i cierpienie, pochylić barki pod ciężar krzyża, wydać nawet życie własne na okup za wielu. A obok tego tamto z Ewangelii: „Jako Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu…. Uczcie je zachowywać wszystko, co Ja wam przykazałem”. Aż upodobnią się do Niego we wszystkim. W życiu i w działaniu. Aż powtórzyć będą mogli za Pawłem:
„Teraz już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus”.
By to mogło nastąpić, Jezus, choć odchodzi dzisiaj w widzialnej swojej postaci poza wszelką rzeczywistość stworzoną, musi jakoś ze swoimi uczniami pozostać i pozostanie. „Nie zostawię was sierotami. Przyjdę do was”. „Beze Mnie [bowiem] nic nie możecie uczynić”. Zabierając im swoją dostrzeganą zmysłami obecność, daje im siebie inaczej, także rzeczywiście, choć w osłonie znaków, i taki, ukryty, ale zawsze bliski, zostanie na ziemi aż do skończenia świata.
Apostołowie nie rozumieją zapewne całej głębi tajemnicy odejścia Jezusa w dniu wniebowstąpienia. W jej przebogatą treść wprowadzi ich dopiero przyobiecany im Duch Święty. Ale już dziś przeczuwają, już dziś tłumaczą własnemu sercu: To rozstanie nie jest końcem. Jest początkiem. Nie jest stratą. Jest zyskiem. Nie jest powodem do smutku, ale do radości.
Trzeba, żebyśmy w to uwierzyli także i my. W czasach, stwarzających coraz trudniejsze problemy i coraz większe zagrożenia, pod groźnie chmurzącym się niebem przyszłości, nie dajmy sobie nikomu wmówić, że Bóg widocznie opuścił już bezpowrotnie swój świat. Że z tej niewdzięcznej ziemi, która zabiła Jego Syna, zabrał przezornie Jezusa i posadził Go po swojej prawicy, skąd powróci On do nas dopiero jako sędzia i mściciel. To nie jest tak. Dzień wniebowstąpienia to ani odegranie się Boga na nas, ani Jego asekuracja przed nami. Ale otwarcie każdemu człowiekowi drogi w górę. Ale zaproszenie go, w Jezusie Chrystusie, do Ojca. Ale umożliwienie mu tamtej drogi. Ale pomoc na niej.
Przypnijmy więc do ramion skrzydła osobistej świętości, by wzbijać się za Chrystusem w górę. Spróbujmy, nie lękajmy się tej Bożej atmosfery.  

Szczęść Boże.

Chcesz Masz życzenie podzielić się informacją, oceną, lub masz chęć coś zkrytykować   kliknij: sbws@sdb.krakow.pl
Jesteśmy wdzięczni za każde słowo. /red./