13 grudzień 2009 r. III NIEDZIELA ADWENTU

 

Co mamy czynić?

 Moi Drodzy!
Wysłańcy, zwiastuni, heroldowie mają zazwyczaj bardzo trudne zadanie do wykonania. Z jednej strony ukazać oni muszą możliwie w najlepszym świetle tego nadchodzącego, którego przyjście zapowiadają, bo tylko w ten sposób zjednają dla niego serca słuchaczy i rozpalą je pragnieniem spotkania z nim. Do namalowania takiego portretu potrzebne są stonowane kolory i delikatne dotknięcia pędzla. Z drugiej strony zadaniem przesłańca jest otwarcie zamkniętych dotąd dla przychodzącego drzwi. Co zrobić, gdy nie otwierają się one pomimo próśb i najwymowniejszych zaleceń walorów tego, który idzie?
Jan Chrzciciel jest człowiekiem mocnym. Wychowała go pustynia i samotność. Tacy nie rozdzielają włosa na czworo, nie bawią się w subtelności i pieszczotliwe dotknięcia. Zamiast długo szukać klucza do bramy, która nie chce się otworzyć, wyważają po prostu tę bramę.
Twarde są te kazania Jana. Trzeba opowiedzieć się „za” lub „przeciw”. Ten, który idzie, zacznie od przeprowadzenia na świecie sądu. Oddzieli pszenicę od plew. Pszenicę zgromadzi w spichlerzu, plewy spali ogniem nieugaszonym. Drzewa nie przynoszące owocu wytnie i wrzuci do pieca. Trzeba więc dobrze rozważyć, gdzie stanąć. I to zaraz, bo siekiera sprawiedliwej pomsty jest już przyłożona do korzenia.
Wielcy kaznodzieje wszystkich czasów nie wezmą Janowi za złe jego mocnych słów. Wiedzą oni dobrze, że czasem musi się błysnąć gromem, by przerwać sen śpiącym i poderwać leniwych. I robią z tego użytek.
Kazania Jana Chrzciciela budzą zainteresowanie i zyskują mu rozgłos. „Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem”,  relacjonuje w swojej ewangelii Mateusz. Ludzie są skruszeni i pełni dobrych chęci. Nie wystarcza im jednak zanurzyć się tylko w fale Jordanu, by tym symbolicznym znakiem pokuty otrzymać odpuszczenie win. Przekreślona przeszłość tym ostrzej stawia pytanie o dni, które idą. Ci ludzie chcieliby dobrze żyć. Przychodzą więc do Jana i pytają, co mają czynić. I tu niespodzianka! Abnegat znad Jordanu, skąpo okryty odzieniem z sierści wielbłąda, przewiązany skórzanym pasem i żywiący się szarańczą i miodem leśnym, surowy kaznodzieja, który dopiero co straszył sądem i karą, daleki jest w swoich moralnych rozstrzygnięciach od spodziewanej bezwzględności i wygórowanych żądań. Jakby spłynęło nagle na niego coś z tej wyrozumiałej dobroci i łagodności Tamtego, którego przyjście głosi, a który trzciny nadłamanej nie dołamie ani knota tlejącego nie dogasi .
Ludziom, pytającym, co mają czynić, Jan nie nakazuje ani porzucenia pełnionego dotychczas zawodu, ani radykalnej zmiany trybu życia. Co ciekawe, w tym teokratycznym państwie, w którym Bóg był  ośrodkiem wszystkiego, Chrzciciel nie zaleca żadnych pokutnych pielgrzymek do Jerozolimy ani zadość czyniących ofiar za grzech, żadnych długich modłów czy uciążliwych postów. Zaleca natomiast sprawiedliwość i miłosierdzie. Sprawiedliwość tym, którzy dotąd grzeszyli niesprawiedliwością, którzy krzywdzili drugich i zagarniali nie swoje. Miłosierdzie wszystkim.
Jako niesprawiedliwych, jako złodziei i zdzierców piętnowała ówczesna opinia publiczna przede wszystkim celników. Ponieważ stali oni ponadto w służbie znienawidzonego rzymskiego okupanta, niechęć i pogarda względem nich były tym większe. A jednak aż do nich dotarło z pustyni judejskiej wołanie Jana. Jeszcze większy dziw, że niektórzy z tych ludzi przyszli aż nad Jordan i skruszeni pytają teraz, co mają robić? „Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono”,  słyszą odpowiedź. Czy w przeddzień przyjścia Mesjasza nie należało przyłożyć siekiery przede wszystkim do tego robaczywego drzewa? Ale Jan, choć długi czas spędził na odludziu, wie, że w prawidłowo funkcjonującym państwie ktoś tam i na cle musi siedzieć i że posada ta, choć dla sumienia niebezpieczna, służy przecież dobru wspólnemu. „Trzymajcie się obowiązujących przepisów. Bądźcie uczciwi i nie plamcie się łapówkarstwem”. Oto wszystko, czego Chrzciciel zażąda od celników. Gdyby postawił radykalne zalecenia, tamci wzruszyliby zapewne ramionami i odeszli. A tak posiano w ich sercu ziarno, które powoli zacznie wschodzić. Już niezadługo sam Jezus pochwali celników, że w przeciwieństwie do faryzeuszy właśnie oni uwierzyli Janowi. Celnicy będą i Jego uważnymi słuchaczami, z którymi niejednokrotnie zasiadał będzie do stołu.  Jakże mądry był Jan, nie podciągając od razu za wysoko poprzeczki.
Podobnie łagodnym jak względem poborców celnych, jest on i wo­bec innej kategorii ludzi, dopuszczających się niesprawiedliwości: wobec żołnierzy. Za czasów Jana żołnierz to nie był zawód dla uczciwego człowieka. Źle opłacani, nie trzymani w ryzach wojskowej dyscypliny, bezczelni i bezkarni, dopuszczali się, ci najemni żołdacy, wszelkiego rodzaju nadużyć. Ponadto byli to poganie. Żydom bowiem Rzym nie pozwalał na własne wojsko. Jan, choć wie, że Mesjasz przychodzi nie do pogan, ale do narodu wybranego,   ma i dla żołnierzy obcego, wręcz wrogiego państwa słowa pouczenia. I tu znowu ta sama łagodność: „Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie. Bądźcie sprawiedliwi. To ‚wystarczy. Nie do pojęcia liberalizm! Ale też podziwu godna taktyka wielkiego znawcy ludzkich serc. Na wrogim dotąd terenie uchwycić przyczółek. Nawiązać pierwszy kontakt. Resztę zrobi czas i łaska.
Zwykłemu ludowi, którego nie plamią grzechy niesprawiedliwości, a który też pyta, co powinien czynić, Jan zaleca miłosierdzie. Jest to znowu miłosierdzie nie w wydaniu heroicznym. „Nie musicie się od razu wyzbyć wszystkiego. Nie musicie całej majętności rozdać ubogim. Ale dzielcie się z ludźmi tym, co posiadacie. Nie tłumcie w sobie odruchu litości, który w waszym wnętrzu daje czasem o sobie znać. Wasze nawrócenie to odkrycie drugiego człowieka. To serce, które współczuje, i ręka, która pomaga”.
Mało? Będą tacy, którzy powiedzą: żałosny minimalizm moralny. Woda, która dość powierzchownie obmywa z brudu, nie przeobrażając wnętrza. Jan wie o tym. „Ja was chrzczę wodą”, przyznaje. Tylko że to nie jest całe nawrócenie. To dopiero jego początek. Resztę zostawiam mocniejszemu, który idzie za mną. „On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem”. Pełny program życia etycznego chrześcijanina zarysuje w swoim nauczaniu dopiero Jezus. Ten porwie serca wyżej niż Jan. Ponad sprawiedliwość i miłosierdzie. Ten podpali je ogniem, który przyniósł na ziemię, by tu płonął. Ten da im uczestnictwo w Duchu Świętym, który kieruje Jego własnym życiem i który także uczniów doprowadzi do całej prawdy. Będzie w tym nauczaniu i tamto łagodne znad Jordanu: „ja ciebie nie potępiam”, powiedziane do skruszonej cudzołożnicy, i „dziś ze mną będziesz w raju”, obiecane łotrowi. Ale będzie i ,,sprzedaj”, „zostaw”, „pójdź”. Będzie radykalizm kazania na górze, będzie żądanie heroicznych postaw;
będzie przede wszystkim wtopienie sprawiedliwości i miłosierdzia w wyższą syntezę, mianowicie w miłość tak ku Bogu, jak i ku człowiekowi, i uczynienie z tych dwojga jednego, największego i najważniejszego przykazania chrześcijaństwa.
Tak jutro. Dziś płynie jeszcze senną falą Jordan, a na brzegu, człowiek odziany w skórę wielbłąda posyła ludzi w wodę świętej rzeki, by zmiękła na nich w tym obmyciu skorupa grzechu i egoizmu i uczyniła serca przynajmniej trochę gotowymi na jutrzejszy chrzest Duchem Świętym i ogniem.
W trzecią niedzielę adwentu warto spojrzeć na samego siebie. Warto sobie samemu postawić tamto pytanie znad Jordanu: Co mam czynić? Jak żyć, by to życie było drogą ku spotkaniu z tamtym, nadchodzącym? Jeżeli od celnika i pogańskiego żołdaka wymagano przed krokiem w „nowe czasy” sprawiedliwości, to postawa taka cechować powinna tym bardziej ucznia Chrystusa. Jest to bowiem fundament wszystkich cnót moralnych. Żąda ona: oddaj każdemu, co mu się należy. Każdemu, to znaczy i Bogu, i człowiekowi. Bogu, przysługującą Mu cześć i posłuszeństwo. Twojemu bratu, człowiekowi — poszanowanie jego godności i praw. Posługiwanie się w stosunkach z drugim fałszem, oszustwem, przemocą czy nadużyciem dzierżonej władzy zamyka ci drogę do Boga i nie łudź się, że zalotne nastroszenie piórek w tam pseudo pobożności tę drogę ci otworzy. Nową ziemię i niebo, w których, jak pisze apostoł, mieszka sprawiedliwość, posiądą tylko sprawiedliwi. W parze ze sprawiedliwością powinno iść miłosierdzie, siostra i towarzyszka tamtej. Miłosierdzie jest hojniejsze niż sprawiedliwość i więcej od nas wymaga. Ale też przez niąrobimy już krok w Nowy Testament i w Chrystusową etykę miłości. Uczniu Chrystusa! Ochrzczony nie w jakimś tam Jordanie, ale już Duchem Świętym i ogniem, twoje miejsce nie jest w Starym Przymierzu. Toteż jak najpoważniej wziąć musisz pierwsze i największe z przykazań Twojego Mistrza. Bo „po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali”. Zapytam dziś serce, jak tamci, którzy nad Jordanem pytali kiedyś Jana Chrzciciela, o konkretny program swego chrześcijańskiego „jutro”. Bo miłość to nie tylko wewnętrzne nastawienie, piękne uczucia i  górna słowa. Miłość to przede wszystkim czyn. Niech ci więc twoje   własne serce powie, komu trzeba przebaczyć, z kim się pojednać, do kogo z zaufaniem podejść, czyją biedę wspomóc.
Idą święta Bożego Narodzenia. Jeżeli przeżyjesz je egoistycznie, nie zauważając swojego brata, przeżyjesz je także bez radości. I bez zasługi. Najgorsze, że także bez Jezusa. Powiedz sam, co ci po takich świętach?

Szczęść Boże.